W drodze po rozum do głowy
Uczestniczyłem dzisiaj w posiedzeniu połączonych komisji zdrowia i budżetowej sosnowieckiej Rady Miasta w związku z omawianiem realizacji programu rodzin zastępczych, który współtworzyłem w poprzedniej kadencji. O realizacji programu jeszcze napiszę, ale chciałbym wpierw podzielić się opinią na temat sprawozdań finansowych miejskich placówek służby zdrowia, które dwa razy w roku są przedstawiane Radzie Miasta.
Obserwacja czy uczestnictwo w takiej ocenie jest dosyć dziwnym zjawiskiem. Wyobraźmy sobie sytuację, w której mechanicy samochodowi z całego miasta przygotowują sprawozdanie z wykonania planu, uzyskanej straty czy zysku i Rada Miasta debatuje nad takimi wynikami, dopytując się co i dlaczego mechanicy zrobili aby osiągnąć dochód lub zmniejszyć stratę. Albo wyobraźmy sobie piekarzy, dyrektorów supermarketów, zakładów hutniczych, mleczarni, producentów części samochodowych, drukarni itd. itd. Dlaczego piekarze, taksówkarze, budowlańcy, hutnicy czy krawcowe potrafią i mogą sprawozdawać swoje wyniki przed samymi sobą (i Urzędem Skarbowym), a niektórzy dyrektorzy sosnowieckich przychodni czy szpitali nie mogą?
Radni w większości nie są specjalistami od zarządzania służbą zdrowia. Nie mają też praktycznie żadnych istotnych bodźców do tego aby wskaźniki ekonomiczne utrzymywać na plusie. Oczywiście, że leczenie i służba zdrowia to nie tylko ekonomia ale ubezpieczenia i utrzymywana za pośrednictwem budżetu państwa opieka społeczna mogą pokrywać koszty leczenia, świadczonego przecież w dowolnych podmiotach. Czy jeśli MOPS zapewnia posiłki czy odzież albo węgiel na zimę, to musi w tym celu prowadzić stołówkę, szwalnię ubrań albo wydobywać w kopalni węgiel? Przecież to absurd. To dlaczego władza, chcąc zapewnić dostęp do świadczeń zdrowotnych „musi” posiadać przychodnie czy szpitale?
Niektórzy mówią, że to dlatego, że pracownicy szpitali i przychodni nie chcą zgodzić się na prywatyzację. Z kolei inni twierdzą, że zarówno lekarze jak i pielęgniarki z reguły lepiej zarabiają w prywatnych placówkach i pracują w lepszych warunkach. Kto tu zatem ściemnia?
Wielkość straty sosnowieckiego Szpitala Miejskiego, której wartość eksplodowała trzy lata temu – po zmianie dyrekcji – w roku 2010 nieco się zmniejszyła z ok. 10mln. na ok. 6mln. PLN. Działalność medyczna, na którą zawsze i wszędzie istnieje spore zapotrzebowanie, w gospodarce socjalistycznej, którą w sosnowieckiej, publicznej służbie zdrowia realizujemy, może przynosić stratę i mało kogo to obchodzi. Pogadamy co najwyżej, trochę pobiadolimy i tyle. Przecież te pieniądze są wspólne – czyli niczyje, prawda?
I tak będzie dopóki nie pójdziemy po rozum do głowy, choć niestety dla niektórych to dość daleka droga.