Sukces?
Wyobraźmy sobie osadę, w której wszyscy mieszkańcy wykonują wolne zawody, dostarczając sąsiadom potrzebne im produkty: piekarz – pożywienie, krawiec – ubrania, murarz – budowę domów, kierowca wozi ludzi, muzyk ich zabawia, a właściciel wyciągu zapewnia funkcjonowanie wyciągu – itd. W krótkim czasie ludzie Ci dochodzą do wniosku, iż z korzyścią dla nich wszystkich byłoby zrzucić się na pewne wspólne wydatki, jak budowę i utrzymanie dróg, policjanta, sędziego, skarbnika itd. – Niechaj zajmie się tym wybrany przez nas, wynajęty „minister”.
Wszystko gra do chwili, w której właściciel wyciągu (co ważne: zlokalizowanego, na terenie zarządzanym przez naszego administratora) plajtuje z nierozeznanej do końca przyczyny – a to zima była za ciepła, a to nie miał dobrego parkingu, a to nie potrafił dobrze rozreklamować usługi – trudno jednoznacznie stwierdzić.
Komornik zajmuje aktywa właściciela wyciągu i urządza licytację. Ponieważ aktywa związane są z gruntem, którym zarządza minister, okazuje się, że do przetargu nie kwapią się inni wykonawcy wolnych zawodów i minister wykupuje sprzęt za grosze. Kto i z czego może się w tej sytuacji cieszyć? Na pewno nie dotychczasowy właściciel wyciągu, który w ten sposób stracił swój majątek. Na pewno tak – potencjalni klienci – narciarze, którzy dzięki temu mają widoki na możliwość korzystania z wyciągu.
Ale czy na przykład pozostali przedsiębiorcy, sąsiedzi, mogą się cieszyć, że to nie oni tym razem stracili? A może jeśliby byli zawistni – to z cudzej krzywdy? A może minister, który dzięki temu może pokazać finansującym go wykonawcom wolnych zawodów, że potrafi wykorzystać okazję i za bezcen wykupić aktywa jednego z nich, który popadł akurat w tarapaty?
Sukcesem ogłoszono zakup przez sosnowiecki samorząd za stosunkowo niewielkie pieniądze części infrastruktury środulskiej górki. Czy to, że przedsiębiorca branżowy nie był w stanie zrealizować dochodowego przedsięwzięcia w naszym mieście można nazwać sukcesem? Czy to, że władza nie potrafiła zaproponować na tyle korzystnych warunków udostępnienia terenu prywatnemu inwestorowi, aby był on zainteresowany w zakupie infrastruktury jest sukcesem? Czy to, że przejęliśmy do wspólnej kasy prywatne pieniądze, stanowiące różnicę pomiędzy zapłaconą, a rynkową ceną zakupionych urządzeń to „nasz” sukces?
Sukcesem w wymianie między ludźmi można nazwać sytuację, kiedy na przykład piekarz z krawcem wymieniają się swoimi produktami, z czego obydwaj odnoszą korzyść. Sytuacja, gdy nasz minister dostaje wyciągi, a przedsiębiorca g…. to porażka. Chociażby dokonana zgodnie z prawem – oznacza stratę jednego z podmiotów wymiany. Co najwyżej możnaby tę sytuację określić przykrym obowiązkiem czy smutną koniecznością.
Miałem wrażenie, że firma zarządzająca wyciągami popełniła pewne błędy i nie zamierzam ich gloryfikować czy usprawiedliwiać. Nie potrafię jednak cieszyć się z tego, że przedsiębiorcy, robiący interesy w Sosnowcu na terenie gminy (wyciągi) lub z gminą (przebudowa szpitala) ponoszą straty. Martwi mnie zarówno to, jak i fakt, że finansowana przez nas władza – zamiast ubolewania i przykrości – wyraża z tego powodu radość i ogłasza swój sukces. Jak się ma ten sukces do zakupywanego każdego roku przez sosnowiecki samorząd tytułu – „Gmina przyjazna inwestorowi”??? Czy w materiałach promocyjnych naszego miasta nie powinniśmy uczciwie napisać: „Jeśli w interesach z nami poniesiesz stratę, wzniesiemy toast i uznamy to za swój sukces!”?
Ps. Wkrótce o wynagrodzeniu prezydenta i wynikach wyborów.